piątek, 11 października 2019

once bitten forever smitten


once bitten forever smitten - I suppose
so he has spread the wings before me
sounds of wispers and frozen thoughts 
somewere inside me
how to distinguish - an angel or 
delusion of my mind
there is all I dream about and what I hate
he lose feathers and sold hope
I keep my faith in my hand 
and I fight for he trust people
destroy nowadays
how to shine and glisten 
when a mist of scars approaches
I cower waiting for the rustlig of the steps
 I took a deep breath and listened to the old bray of my heart. I am. I am. I am.
Sylvia Plath

Ileż to razy serce za życia przypominam mi, że jestem. Każdy skurcz i rozkurcz mięśnia zwanego sercem z upartością ontologa i semiologa powtarza, że istnieję i że mam znaczenie.

Oddech nabieram gdzieś z dna swego jestestwa, by wiedzieć, że kosmos to ja, a ja to kosmos. Jestem nieskończonością. I niech to nie będzie zarzut panteistyczny względem mnie. Bo nieskończoność tworzę.



Jestem częścią planu Nieskończoności. Słucham swego serca. A ono, póki żyję, nuci słowa: "Jestem, jestem, jestem..."

IMPACT - about me....

I M P A C T


I know - the test of good manners is being able to put up with bad ones.
I have to pass the test every day. The exam is the most difficult. 
So perhaps therefore I still repeat to myself - I am IMPACT!!!

I - Integrity
M - Manners
P - Personality
A - Appearence 
C - Consideration
T - Tact

I try to be IMPACT!
And I hope I am...

czwartek, 10 października 2019

drabble - O "podróżowaniu"




Uwielbiał takie podróżowanie. Tym razem zaczął od Chin. A to wielki kraj...  Zatrzymał sie na chwilę, by przebyć jeszcze raz sentymentalną drogę ścieżkami Tybetu. Bo tylko tu można odnaleźć siebie samego. Minął jakiś czas, a tu nagle kolejna podróż. Tym razem Europa. Tyle tu do zwiedzania. Ten kalejdoskop smaków i zapachów zachwycał go zawsze, kiedy znajdował się gdzieś w tej długości i szerokości geograficznej. Raz nawet koło fortuny zaprowadziło go gdzieś w okolice Morza Śródziemnego. Znowu zakręcił globusem i natychmiast zatrzymał go palcem. Gdzieś pośrodku świata. Otworzył górną część barku globusa i nalał sobie kilka kropel brandy. Zatem kolejna podróż.

wtorek, 1 października 2019

drabble - O przekleństwach nie tylko medycznych


Od dłuższej chwili chodził mu po głowie stos przekleństw po tym, co się stało. Musiał zahaczyć o coś, czego o dziwo nie widział do tej pory.
Cholera jasna. Tylko czemu jasna, a nie ciemna?... I do tego jakaś tam nazwa choroby. Przypomniał sobie, że z tej przyczyny został nawet wysłany do Berlina po jakiegoś filozofa o dumnie brzmiącym nazwisku Hegel.
Dlaczego akurat Vibrio cholerae[1], a nie na przykład colitis ulcerosa? Tylko jakby to brzmiało: jasne wrzodziejące zapalenia jelita grubego?
Za długie jakieś. Uśmiechnął się szyderczo.
Ale diarrhoea[2]? Brzmiało dużo lepiej. Nawet z ust anioła śmierci łamiącego jedno ze swych  skrzydeł.


[1] Łacińska nazwa bakterii wywołującą cholerę.
[2] Łacińska nazwa biegunki.


niedziela, 29 września 2019

drabble - O patrzeniu


            W sali od rana nie było nikogo, nikt nie przekroczył jeszcze jej progu, a była już północ. Ogromne pomieszczenie niczym świątynia wypełnione było blaskiem świec. I tylko jeden obraz w całej wielkiej galerii wiszący na ścianie wschodniej wypełniał całą przestrzeń. W czarnej ramie tak niezwykłej jakby wykonał ją sam Dante Gabriel Rossetti i za szybą typu float znajdowała się postać w regaliach. Mężczyzna w czarnym garniturze wpatrywał się w ten obraz od kilku godzin. Wydawał się nieruchomą rzeźbą, która powoli bierze oddech i znowu zamiera ze wzrokiem wbitym w jeden punkt. Postać na obrazie patrzyła na obserwatora tym samym wzrokiem.



środa, 4 września 2019

drabble 100 słów w prozie

Jak zamknąć sensy w minimalnej ilości słów? Jak doprecyzować to, co wydaje się być istotą danego tekstu?
Tym razem zabieram się za drabble. Proza w krótkiej formie, bo autor ma tylko 100 słów. Tylko tyle i aż tyle. Taka sztuka pisarska wymaga wielkiej dyscypliny. 
Dla pisarza, poety, twórcy to trudne. Nie "przegadać" dzieła i zamknąć w słowach to, co wydaje się być najważniejsze. 
Nie podaję tytułów. Może Ktoś z Was, Drodzy Czytelnicy, zaproponuje swój tytuł do każdego z tych trzech utwrów.
Czekam na Twój pomysł, Czytelniku. 


I. 
Więc co podać? Takie słowa powtórzył ktoś zanim dotarło do mnie, że to pytanie o dania, które sobie wcześniej zażyczyłem. Nie odpowiedziałem, więc postawiono przede mną talerz. Nie mogę przypomnieć sobie, co było na talerzu. Pamiętam tylko zapach pieczonego mięsa. Może jakiś stek. Smak mięsa w ustach stał się dla mnie ekstazą zmysłów. Tym razem smakowało inaczej, nie tylko zwierzęco, ale przepełnione goryczą. Znowu kucharz pomylił zioła i przyprawy. Pewnie to one zaszkodziły mi, bo ból rozszedł się po  całym ciele i palił od środka. Pamiętam jeszcze twarde krzesło i trzask prądu, jakby zza światów. Takie kulinarne wspomnienia.

II.
Kiedy przekroczyli drzwi świątyni, nadal panowała atmosfera niezwykle podniosła. Już bez fartuszków masońskich, ale jeszcze w białych rękawiczkach ze złotym haftem cyrkla i węgielnicy zasiadali na swych miejscach. Powoli sięgali po kieliszki na wino. Smaki potraw rozchodziły się po całym pomieszczeniu i mieszały się z perfumami i zapachem tajemnicy. Tu piżmo, kardamon i oregano, tam drzewo sandałowe, bergamotka i cynamon. Ucichli wszyscy, gdy usłyszeli dźwięk szkła. To Czcigodny Mistrz wznosi toast. Zaczął jak zawsze z atencją: Drodzy Bracia i Siostry w swoich stopniach i urzędach! Dziś dzień szczególny, gdyż...

Odwracam kartkę i niestety muszę stwierdzić, że następnej strony brak. Wyrwana.


III.
Była noc. Pamiętam jak dziś. 24 grudnia.  Wiatr przyniósł lekkie ciepło tak przyjemne na twarzy. Mróz odszedł w niepamięć. A ja stojący w bezruchu z jedną myślą tylko. Jaki ten czas krótki, jak dla motyla. W głowie czułem huk kolęd dobiegających z każdej strony.  Nie było nikogo, komu można by się zwierzyć ze swego strachu przed umieraniem. Przemijanie paraliżuje i skuwa nas niczym mróz. Vanitas vanitatum... To tylko tłukło mi sie po głowie. W tej atmosferze putrescyn[1] aż bił po nozdrzach. Nos stał się nagle tak lekki jakby znikł. Spojrzałem w dół pod nogi, a tam marchewka. Bałwan ze mnie!





[1] Zapach śmierci


Chapeau bas tym, którzy teraz czytają. 




wtorek, 13 sierpnia 2019

Chapeau bas tym, którzy chcą i potrafią pokonać odium.


"Ludzie mogą was nienawidzić za to, że jesteście inni i że żyjecie według społecznych standardów, ale w głębi duszy chcieliby mieć na tyle odwagi, by zrobić to samo."
Ashley Purdy

Pytanie o nienawiść nie jest pytaniem o moralność, etykę czy religię, ale pytaniem o ludzkie pragnienia. Człowiek ma prawo pragnąć i realizować swoje pragnienia. Społeczne standardy są sprowadzone do najniższego poziomu egzystencji. Jeśli czegoś chce tłum, to nie znaczy, że jest to wartością demokracji. Tłum nie rozumie i nie chce rozumieć, że świat to różnorodność. I na tym polega jego piękno. Ludzie tworzą kulturę, a zatem i sposób myślenia na danym obszarze i w danej przestrzeni.
Nienawiść jest najłatwiejszym uczuciem. Nic nie kosztuje, bo nie trzeba myśleć, stawiać sobie wyborów, analizować potrzeby innych, nie trzeba wczuwać się w innego człowieka. Może nawet nie jest uczuciem. Jest spekulacją, że jeśli się nienawidzi, to jest się lepszym od tego, którego się nienawidzi. Po raz kolejny zaczynają dominować w człowieku kompleksy i potrzeba ich bezwarunkowego zaklejenia. W ten sposób kompleksów się nie rozpoznaje i wypełnia, ale tylko chwilowo zakleja, by inni nie zobaczyli tej pustki. Nienawiść wynika też z zazdrości. Niekoniecznie z tego jak inny człowiek chce żyć, ale z tego, że ma odwagę walczyć o siebie. Jakże ludzi denerwuje fakt, że inni są odważni, że chcą zmiany, że chcą walczyć o siebie i o innych. Nienawidzą ci, którzy nie chcą i którym się nie chce. Bo tak najłatwiej - zniszczyć tych, którzy są swoistym wyrzutem sumienia. Takim kluczowym przykładem jest tu Hypatia. Przeszkadzało i koliło w oczy to, że człowiek innej płci - kobieta może być przykładem dla wielu, że myśliciel, matematyk, filozof i poganka udowodniła, że tak wielu nie ma racji. W końcu wyznawcom religii zaczęło przeszkadzać to wszystko, bo rozwój cywilizacyjny nie idzie w zgodzie z hierarchami kościoła. "Czarna gwardia" (jak pisze prof Tadeusz Zieliński, odnosząc do postaci Teofila i Cyryla) doprowadziła do śmieci Hypatii. Wyciągnięta brutalnie przed kościół, rozebrana i żywcem odarta nie tylko z godności, ale za pomocą ostrakonów odarta ze skóry.
Zabił ją fanatyzm i ciemnota. Zabiło ją to, że była inna, że nie wyznawała tych samych zasad religijnych, że kierowała się nauką, że była wyrzutem sumienia dla tych, którzy manipulowani wiarą innych i wyrzutem niezrozumienia dla tych, którzy w swym prymitywizmie pozwolili sobą manipulować. Dlatego największą winę ponoszą ci, którzy są świadomi, że, posługując się religią jako narzędziem, pchają ludzi prymitywnych do określonych działań, do nienawiści.

Chapeau bas tym, którzy chcą i potrafią pokonać odium.




piątek, 31 maja 2019

Poezja - to, co nienapisane i co przemilczane


Poezja to nie tylko słowa napisane. To słowa wypowiedziane, wykrzyczane, wypłakane. Ale poezja to także, a może przde wszystkim, to, co nienapisane, co ukryte pomiędzy słowami.

Chciałem Czytelnikowi zaproponować, by sam napisał tytuł i sam uzupełnił właśnie to, co ukrywające się, co tak bardzo osobiste, wręcz intymne. Poezja przecież jest intymnością tworzenia i czytania.

Zainspirowany niezwykłą polską poetką - Zuzanną Ginczanką, napisałem taki oto wiersz. Słowo "napisałem" może być tu nadużyciem, więc lepiej - stworzyłem taki wiersz, w którym tak wiele zamilczane. Choć dla każdego wypełnione sensem. 


Zuzanna Ginczanka [1]

Raz się zeszedł niemowa z niemową,
by się wspólną rozerwać rozmowa

i zaczęli rozmawiać bez słowa...
/Przypowieść/


.......................

............można...........niewypowiedziane
.........................................................znaczą
które............................................................
i........................................, że......................
.....................................................................
............tylko................................................
................................powiedzieć.................
czy...............................................................
milczeć........................................................
................................................................jak
.....................................................................


Chapeau bas tym, którzy wypełniają przestrzeń pomiędzy...



[1] Polska poetka ur. w 1917, zmarła w 1944 roku; należąca do grupy Skamandrytów; autorka wiersza pt. Przypowieść.




MOTYLOWATOŚĆ czyli terapia sztuką


Jesteśmy istotami psychosomatycznymi. Każdy z nas to i ciało (gr. soma), i duch (gr. psyche oznaczające także motyla). Czyli to, co namacalne i to, co odczuwalne za pomocą wrażliwości. Nasza soma czyli nasze ciało potrzebuje tak wielu różnych czynników, by żyć. Jednak nasza "motylowatość" potrzebuje tego, co tak jak skrzydła motyla subtelne. Odczuwać to można poprzez sztukę. To drżenie i przysłowiowa gęsia skórka na ciele to przecież doświadczenie tej wibracji, która porusza nasze wewnętrzne potrzeby i naszą wewnętrzną przestrzeń. Ty tyle słowem wstępu.

Teraz o tym, co pozwala poruszać się w tej wewnętrznej przestrzeni i doświadczyć pewnego rodzaju quasi-uniesienia.

To osobiste przeżywanie sztuki. Budowanie samoświadomości i świadomości swoich własnych potrzeb. Uważam, że artterapia wciąż jest niedoceniona, że stanowi dla wielu tylko suplement do szeroko pojętej medycyny. Jednak tylko świadomość synergii może pozwolić na połączeniu wszystkich możliwych elementów dla osiągnięcia jak najlepszego, czyli pełnego efektu w "naprawianiu". Ta naprawa to właśnie terapia, która musi uzdrowienie ZARÓWNO tego, co cielesne, ale i tego, co duchowe.
Może moje efekty takiej kuracji byłyby rachityczne, ale moja propozycja artterapii poprzez malarstwo jest taka oto.

Obraz Szarlatan Hieronima Boscha to początek uświadomienia sobie, czym jest uzdrowienie i jakimi narzędziami można uzdrawiać. A to etap pierwszy, gdyż jest koniecznością dokonania wyboru narzędzi tej terapii, czyli naprawiania tego, co potrzebuje (lub też nie) zmiany.
Niezwykły jest obraz Kwiat życia F. Kahlo. To otwarcie na energię, która wypływa z człowieka, ale i na taką, która może wypełnić człowieka. Sam kwiat jest elementem prenatalnym pozwalającym na narodziny nowego.
Wyspa Lacroix, której autorem jest C. Pissarro, to moment, w którym sam uświadamia sobie, że jest wyspą, zatem sam dla siebie jest i przez siebie dokonuje uzdrowienia, bo tylko on sam w swym immanentnym świecie wie lub czuje, co potrzebuje uleczenia. W tej tajemnicy impresjonistycznej człowiek uświadamia sobie, że jego samotność jest błogosławieństwem. Trzeba tylko przyjąć tę prawdę, choć to niełatwe.
A teraz obraz szczególny - Impresja, wschód słońca C. Moneta. Życie to nie tylko mgła i niepewność, ale i nadzieja, która stałym elementem naszego życia. ten wschód to nadejście i słońca, i tego, na co czekamy. Ale nie jest jeszcze jasno, to dopiero zapowiedź. Może więc ułuda, bo na pytanie, czy stanie się południe tego "dnia", nie znamy jeszcze odpowiedzi. Wschód może być nadchodzeniem dobra, miłości, spełnienia, zdrowia ciała i ducha. Zapowiedź pozwala czekać. Nie jest jeszcze stanem spełnienia, ale to swoista namiętność do sztuki. To uniesienie jest celem, a nie spełnienie.
Rozbłysk słońca Hansa Hofmanna to dzieło pełne w swej prostocie. Ten infantylizm jest teraz na tym etapie terapii niezbędny. Mówić malarstwem do człowieka to ukazywać prostotę barw i kolorów, a co za tym idzie, prostotę emocji, które wymagają uświadomienia sobie, że mamy do nich prawo. Mamy prawo do odczuwania każdych emocji, choć socjalizacja wmawia nam, że to odczuwanie powoduje wartościowanie, a zatem powoduje i radość z odczuwania tego, co nazwaliśmy kalos kagathos, ale i smutek z odczuwania tego, co powszechnie negatywne.
Taka dialektyka może być niepełna i niezrozumiała, ale - wybacz Czytelniku -  jest subiektywnym argumentowaniem odczuwania emocji, jak więc mówić o poprawności powyższych argumentów. Czekać mi tylko przyszło na refutację...
A jak osiągnąć w życiu radość w codzienności? Obrazami mówiłbym o detalach dla każdego ważnych inaczej. Oczywiście Karnawał Arlekina J. Miró. Znajdź na tym obrazie te, które Ty dostrzegasz i uznajesz jako ważne. Tu symbolicznie można zobaczyć elementy, które mogą stanowić sakralizację zwykłych rzeczy, a z nich przecież składa się nasza codzienność.
Marcelle Lender tańcząca bolero w operetce Chilpéric  Henri de Toulouse-Lautrec'a to kolejny obraz nieprzypadkowego tu artysty. Radość życia pomimo przeciwności - takim hasłem można scharakteryzować tę twórczość. Sztuka malarska i sztuka życia w jednym. Właśnie pomimo. Pomimo przeciwności. A sam artysta miał ich aż nazbyt wiele.
Są utwory muzyczne, przy których chce się tańczyć.
Patrząc na ten obraz, odbiorca samoistnie wchodzi w tę przestrzeń zamkniętą w obrazie i zaczyna tańczyć bolero.
Sam taniec jest tu symbolem. Pracując nad sobą z dnia na dzień, w mozole powtarzającej się rzeczywistości, można dostrzec wzrastanie, progres i dojrzewanie.
A z tego poziomu, na którym choroby, poniżenie, odrzucenie, samozagłada, cierpienie,  można odbić się i wznieść aż pod sufit paryskiej Opery, gdzie różnobarwne obrazy i anioły. Obrazy malarza aniołów (Marca Chagalla) dają siłę wręcz nadprzyrodzoną, metafizyczną. Anioły nazywane są bytami transparentnymi i ta właśnie cecha jest niezbędna dla uzdrawiania samego siebie. Trzeba wykazać się niezwykłym taktem względem siebie i innych, trzeba pozwolić sobie na wrażliwość, tkliwość i czułość, czyli trzeba stać się słabym (w oczach świata), by stać się silnym. Ta wnikliwość jest warunkiem koniecznym dla tego, co tu nazywam artterapią.

Chapeau bas tym, którzy czuję tę MOTYLOWATOŚĆ naszą i pielęgnują ją w sobie i w innych.







poniedziałek, 20 maja 2019

Lwów jest wszędzie


Gdyby ktoś kiedyś zapytał mnie o to, dlaczego jak wielu innych kocham Lwów, pewnie bym zamilczał. To jedna z tych przestrzeni na świecie, której nie rozpatruje się tylko w kategoriach estetycznych, historycznych, społecznych. To urywki wspomnień, które są kalejdoskopem różnorodności. Każda taka migawka jest tak inna, ale w całości tworzy magiczny obraz, w który wplecione są zapachy i smaki. Karmelowa jest tu przestrzeń ulic, choć łączy się z odrapanym murem kamienic, które nie wytrzymują czasu. Czas tu toczy się inaczej. Jest jakby lżejszy i poddaje się wiatrowi. Skąd zawieje, to zmienia czas. To na lepszy, to na troczę gorszy, ale zawsze ten sam.
Dziękuję Adamowi  Zagajewskiemu za wiersz pt. Jechać do Lwowa", bo kiedykolwiek czuję zamach czy smak brzoskwini, czuję, że jestem częścią Lwowa.

...jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie. - jak pisał Zagajewski.

Tylko gdzie jest wszędzie?


Chapeau bas tym, którzy wiedzą, gdzie jest wszędzie i tym, którzy kochają Lwów. 





Bo mur nie tylko dzieli. Może też łączyć.

Jest taka książka... Jest taka książka, która mnie poruszyła, zaciekawiła, ale i dała poczucie tego, co nazywam satysfakcją zrozumienia pr...