piątek, 31 maja 2019

Poezja - to, co nienapisane i co przemilczane


Poezja to nie tylko słowa napisane. To słowa wypowiedziane, wykrzyczane, wypłakane. Ale poezja to także, a może przde wszystkim, to, co nienapisane, co ukryte pomiędzy słowami.

Chciałem Czytelnikowi zaproponować, by sam napisał tytuł i sam uzupełnił właśnie to, co ukrywające się, co tak bardzo osobiste, wręcz intymne. Poezja przecież jest intymnością tworzenia i czytania.

Zainspirowany niezwykłą polską poetką - Zuzanną Ginczanką, napisałem taki oto wiersz. Słowo "napisałem" może być tu nadużyciem, więc lepiej - stworzyłem taki wiersz, w którym tak wiele zamilczane. Choć dla każdego wypełnione sensem. 


Zuzanna Ginczanka [1]

Raz się zeszedł niemowa z niemową,
by się wspólną rozerwać rozmowa

i zaczęli rozmawiać bez słowa...
/Przypowieść/


.......................

............można...........niewypowiedziane
.........................................................znaczą
które............................................................
i........................................, że......................
.....................................................................
............tylko................................................
................................powiedzieć.................
czy...............................................................
milczeć........................................................
................................................................jak
.....................................................................


Chapeau bas tym, którzy wypełniają przestrzeń pomiędzy...



[1] Polska poetka ur. w 1917, zmarła w 1944 roku; należąca do grupy Skamandrytów; autorka wiersza pt. Przypowieść.




MOTYLOWATOŚĆ czyli terapia sztuką


Jesteśmy istotami psychosomatycznymi. Każdy z nas to i ciało (gr. soma), i duch (gr. psyche oznaczające także motyla). Czyli to, co namacalne i to, co odczuwalne za pomocą wrażliwości. Nasza soma czyli nasze ciało potrzebuje tak wielu różnych czynników, by żyć. Jednak nasza "motylowatość" potrzebuje tego, co tak jak skrzydła motyla subtelne. Odczuwać to można poprzez sztukę. To drżenie i przysłowiowa gęsia skórka na ciele to przecież doświadczenie tej wibracji, która porusza nasze wewnętrzne potrzeby i naszą wewnętrzną przestrzeń. Ty tyle słowem wstępu.

Teraz o tym, co pozwala poruszać się w tej wewnętrznej przestrzeni i doświadczyć pewnego rodzaju quasi-uniesienia.

To osobiste przeżywanie sztuki. Budowanie samoświadomości i świadomości swoich własnych potrzeb. Uważam, że artterapia wciąż jest niedoceniona, że stanowi dla wielu tylko suplement do szeroko pojętej medycyny. Jednak tylko świadomość synergii może pozwolić na połączeniu wszystkich możliwych elementów dla osiągnięcia jak najlepszego, czyli pełnego efektu w "naprawianiu". Ta naprawa to właśnie terapia, która musi uzdrowienie ZARÓWNO tego, co cielesne, ale i tego, co duchowe.
Może moje efekty takiej kuracji byłyby rachityczne, ale moja propozycja artterapii poprzez malarstwo jest taka oto.

Obraz Szarlatan Hieronima Boscha to początek uświadomienia sobie, czym jest uzdrowienie i jakimi narzędziami można uzdrawiać. A to etap pierwszy, gdyż jest koniecznością dokonania wyboru narzędzi tej terapii, czyli naprawiania tego, co potrzebuje (lub też nie) zmiany.
Niezwykły jest obraz Kwiat życia F. Kahlo. To otwarcie na energię, która wypływa z człowieka, ale i na taką, która może wypełnić człowieka. Sam kwiat jest elementem prenatalnym pozwalającym na narodziny nowego.
Wyspa Lacroix, której autorem jest C. Pissarro, to moment, w którym sam uświadamia sobie, że jest wyspą, zatem sam dla siebie jest i przez siebie dokonuje uzdrowienia, bo tylko on sam w swym immanentnym świecie wie lub czuje, co potrzebuje uleczenia. W tej tajemnicy impresjonistycznej człowiek uświadamia sobie, że jego samotność jest błogosławieństwem. Trzeba tylko przyjąć tę prawdę, choć to niełatwe.
A teraz obraz szczególny - Impresja, wschód słońca C. Moneta. Życie to nie tylko mgła i niepewność, ale i nadzieja, która stałym elementem naszego życia. ten wschód to nadejście i słońca, i tego, na co czekamy. Ale nie jest jeszcze jasno, to dopiero zapowiedź. Może więc ułuda, bo na pytanie, czy stanie się południe tego "dnia", nie znamy jeszcze odpowiedzi. Wschód może być nadchodzeniem dobra, miłości, spełnienia, zdrowia ciała i ducha. Zapowiedź pozwala czekać. Nie jest jeszcze stanem spełnienia, ale to swoista namiętność do sztuki. To uniesienie jest celem, a nie spełnienie.
Rozbłysk słońca Hansa Hofmanna to dzieło pełne w swej prostocie. Ten infantylizm jest teraz na tym etapie terapii niezbędny. Mówić malarstwem do człowieka to ukazywać prostotę barw i kolorów, a co za tym idzie, prostotę emocji, które wymagają uświadomienia sobie, że mamy do nich prawo. Mamy prawo do odczuwania każdych emocji, choć socjalizacja wmawia nam, że to odczuwanie powoduje wartościowanie, a zatem powoduje i radość z odczuwania tego, co nazwaliśmy kalos kagathos, ale i smutek z odczuwania tego, co powszechnie negatywne.
Taka dialektyka może być niepełna i niezrozumiała, ale - wybacz Czytelniku -  jest subiektywnym argumentowaniem odczuwania emocji, jak więc mówić o poprawności powyższych argumentów. Czekać mi tylko przyszło na refutację...
A jak osiągnąć w życiu radość w codzienności? Obrazami mówiłbym o detalach dla każdego ważnych inaczej. Oczywiście Karnawał Arlekina J. Miró. Znajdź na tym obrazie te, które Ty dostrzegasz i uznajesz jako ważne. Tu symbolicznie można zobaczyć elementy, które mogą stanowić sakralizację zwykłych rzeczy, a z nich przecież składa się nasza codzienność.
Marcelle Lender tańcząca bolero w operetce Chilpéric  Henri de Toulouse-Lautrec'a to kolejny obraz nieprzypadkowego tu artysty. Radość życia pomimo przeciwności - takim hasłem można scharakteryzować tę twórczość. Sztuka malarska i sztuka życia w jednym. Właśnie pomimo. Pomimo przeciwności. A sam artysta miał ich aż nazbyt wiele.
Są utwory muzyczne, przy których chce się tańczyć.
Patrząc na ten obraz, odbiorca samoistnie wchodzi w tę przestrzeń zamkniętą w obrazie i zaczyna tańczyć bolero.
Sam taniec jest tu symbolem. Pracując nad sobą z dnia na dzień, w mozole powtarzającej się rzeczywistości, można dostrzec wzrastanie, progres i dojrzewanie.
A z tego poziomu, na którym choroby, poniżenie, odrzucenie, samozagłada, cierpienie,  można odbić się i wznieść aż pod sufit paryskiej Opery, gdzie różnobarwne obrazy i anioły. Obrazy malarza aniołów (Marca Chagalla) dają siłę wręcz nadprzyrodzoną, metafizyczną. Anioły nazywane są bytami transparentnymi i ta właśnie cecha jest niezbędna dla uzdrawiania samego siebie. Trzeba wykazać się niezwykłym taktem względem siebie i innych, trzeba pozwolić sobie na wrażliwość, tkliwość i czułość, czyli trzeba stać się słabym (w oczach świata), by stać się silnym. Ta wnikliwość jest warunkiem koniecznym dla tego, co tu nazywam artterapią.

Chapeau bas tym, którzy czuję tę MOTYLOWATOŚĆ naszą i pielęgnują ją w sobie i w innych.







poniedziałek, 20 maja 2019

Lwów jest wszędzie


Gdyby ktoś kiedyś zapytał mnie o to, dlaczego jak wielu innych kocham Lwów, pewnie bym zamilczał. To jedna z tych przestrzeni na świecie, której nie rozpatruje się tylko w kategoriach estetycznych, historycznych, społecznych. To urywki wspomnień, które są kalejdoskopem różnorodności. Każda taka migawka jest tak inna, ale w całości tworzy magiczny obraz, w który wplecione są zapachy i smaki. Karmelowa jest tu przestrzeń ulic, choć łączy się z odrapanym murem kamienic, które nie wytrzymują czasu. Czas tu toczy się inaczej. Jest jakby lżejszy i poddaje się wiatrowi. Skąd zawieje, to zmienia czas. To na lepszy, to na troczę gorszy, ale zawsze ten sam.
Dziękuję Adamowi  Zagajewskiemu za wiersz pt. Jechać do Lwowa", bo kiedykolwiek czuję zamach czy smak brzoskwini, czuję, że jestem częścią Lwowa.

...jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie. - jak pisał Zagajewski.

Tylko gdzie jest wszędzie?


Chapeau bas tym, którzy wiedzą, gdzie jest wszędzie i tym, którzy kochają Lwów. 





wtorek, 19 lutego 2019

Dlaczego jesteśmy sobie potrzebni? O "uprawianiu gry w ciszę"



Czytając "Złodziejkę książek" Markusa Zusaka, myślę o ludziach, o ich zachowaniu. Jacy są i dlaczego postępują tak, a nie inaczej.

Tłum zachowywał się
tak, jak zwykle zachowuje się tłum.
Kiedy przeciskałem się między ludźmi, stali, uprawiając grę w ciszę.

Ludzie uprawiają grę w ciszę.
Milczą, kiedy powinni mówić, a nawet krzyczeć. Stoją biernie, kiedy powinni działać, zmieniać świat na lepsze. Ludzie są śmieszni w swym zrozumieniu świata. Nie potrafią i nie chcą zrozumieć, co jest wartością dla innej istoty. Nie wstawiają się za innymi, nie bronią wolności, dopóki jej nie tracą. Przecież ludzie są częścią tłumu, a sami od tłumu wymagają tolerancji i życzliwości.
  
Najczęściej mówiąc, "o ludziach" używa się 3 os. pluralis.
Oni - ludzie. 
A może jednak powinno być: My - ludzie.
Przecież bycie człowiekiem zakłada istnienie we wspólnocie, więc i w tłumie. 
Nie da się być całkowicie oderwaną i wyalienowaną jednostką funkcjonującą poza innymi ludźmi. Może więc warto uświadomić sobie, że to swoisty przywilej być częścią (jednostką), która składa się na całość, czyli tłum. To odarcie z indywidualizmu przybliża nas do grupy.
Wiem, to zapewne deprecjonujące. Ale to pozawala się identyfikować z innymi ludźmi. Może więc i daje poczucie bezpieczeństwa...
Zatem jeszcze raz.

Czytając "Złodziejkę książek" Markusa Zusaka, myślę o nas ludziach, o naszym zachowaniu. Jacy jesteśmy i dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej.
My ludzie uprawiamy grę w ciszę.
Milczymy, kiedy powinniśmy mówić, a nawet krzyczeć. Stoimy biernie, kiedy powinniśmy działać, zmieniać świat na lepsze. My ludzie jesteśmy śmieszni w swym zrozumieniu świata. Nie potrafimy i nie chcemy zrozumieć, co jest wartością dla innej istoty. Nie wstawiamy się za innymi, nie bronimy wolności, dopóki jej nie tracimy. Przecież my, ludzie jesteśmy częścią tłumu, a sami od tłumu wymagamy tolerancji i życzliwości.

Dlaczego jesteśmy sobie potrzebni?
By przestać milczeć i zacząć protestować. Przeciw złu.

Kiedy naziści przyszli po komunistów, milczałem,
nie byłem komunistą.
Kiedy zamknęli socjaldemokratów, milczałem,
nie byłem socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem,
nie byłem związkowcem.
Kiedy przyszli po Żydów, milczałem,
nie byłem Żydem.
Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować.

Jak napisał i zwykł był powtarzać Martin Niemöller...


Chapeau bas tym, co nie milczą i walczą o innych!

 


Metanoicznej lektury życząc, o karmieniu się książkami, czyli literackich daniach głównych z deserem


Człowiek to istota psychosomatyczna, czyli ktoś z jego całą fizjologią, ale i duchowością. To system naczyń połączonych. I mam tu na myśli włśnie to, co cielesne połączone z tym, co stanowi przeżycia wewnętrzne istoty zwanej HOMO SAPIENS. By być czymś więcej niż tylko SAPIENS, istota taka wykorzystuje świadomie swą mądrość i chce w tej mądrości wzrastać. Zresztą niewzrastanie w mądrości jest po prostu cofaniem się, czyli głupotą i indolencją wraz ze wszystkimi jej synonimami.

Taki HOMO SAPIENS musi jeść, spać jak interaktywne tamagotchi, ale i... czytać. Ja czasem milczę w świecie, w którym sie "istnieje", nie oglądam, nie komentuję, nie opiniuję, bo wtedy czytam.
Po pewnym szczególnie ważnym dla mnie spotkaniu "sprzed lat" z Moją Wychowawczynią Bogusławą Żak (nauczycielem jezyka łacińskiego, języka greckiego i znawcą kultury antycznej) otworzyły się dla mnie kolejne drzwi z literaturą "z Olimpu", czyli ze szczytu stylu, formy i treści. 
Czytam książkę pt. "Złodziejka książek", której autorem jest niejaki Markus Zusak. Jestem na etapie odkrywania nowego stylu pisania i przez to nowego stylu czytania. Tak, styl pisania zmusza do zmiany stylu czytania. Można czytać "od deski do deski", czyli lineranie od pierwszej do ostatniej strony. Rozpoznawać fabułę, poznawać bohaterów i treść ich słów lub zamilczeń. Ale może delektować się książką. Wracać co kilka zdań, co kilka słów i tak co chwilę. Jakby się chciało wwiercić w głąb sensów i doświadczyć jeszcze głębiej smaku słów. Są książki, które czyta się, by poznać tylko okoliczności, może jakieś osoby. Omija się wtedy opisy i (niepotrzebne w danej chwili) fragmenty, które przeszkadzają w osiągnięciu mety. 
Są książki, których się nie czyta, to znaczy książki, których ja nie umiem przeczytać. Męczą mnie. Na czele z ponoć wybitną książką, "Kompleks Portoya" Philipa Rotha. Zapewne jest w niej głębia leżącego na kozetce młodego chłopaka. Wiem, że to spotkanie z psychoterapeutą czasem zastanawia, drażni, pobudza do myślenia, ale mnie jednak głównie drażni.
Dalej o książkach... Lepiej pisać o tych, o których mówi się w kategoriach kalos i kagathos, bo są piękne i niosą dobro.
Są więc książki, które czyta się, a raczej już cytuje dla samego siebie. Bo jakżeby inaczej, gdy czyta się te same zdania prawie każdego dnia, tak na dobry dzień i na dobranoc, a czasem znów w wolnej chwili. Dla mnie taką książką jest "Lot nad kukułczym gniazdem" K. Keseya, "Traktat o łuskaniu fasoli" W. Myśliwskiego,  "Łuk triumfalny" E. M. Remarque'a, "Obrona Sokratesa" Platona.
I tu nieprzypdkowe do Was, Czytelników, słowa Sokratersa, z którymi i ja się utożsamiam: Zatrzymajcie się więc na chwilę! Pomówmy jeszcze z sobą, póki wolno, otwarcie! Chcę wam jak przyjaciołom dać poznać, co znaczy, co się ze mną stało, a o czym dopiero wspomniałem. 
Gdy towarzyszy mi głód, takimi daniami mogę się karmić każdego dnia, ale na deser, który musi nie tylko smakować, ale i być wykwintnym w swej formie i sposobie podania, jest inna książka - "Sklepy cynamonowe" BSchulza. Tu można delektować się wszystkimi smakami, tu brzmi inaczej nawet dźwięk odkładanej na talerzyk łyżeczki lub widelczyka. W tej książce nawet kolory są inne niż te codzienne. Tu pastele i wyszukane nazwy barw w mocnym odcieniu. 
To przywilej zgubić się w tym labiryncie Brunona Schulza...
Inni porównują te dni do apokryfów, wsuniętych potajemnie między rozdziały wielkiej księgi roku, do palimpsestów, skrycie włączonych pomiędzy jej stronice, albo do tych białych niezadrukowanych kartek, na których oczy, naczytane do syta i pełne treści, broczyć mogą obrazami i gubić kolory na tych pustych stronicach, coraz bladziej i bladziej, żeby wypocząć na ich nicości, zanim wciągnięte zostaną w labirynty nowych przygód i rozdziałów.
Taką kolejną niezwykłą i niecodzienną książką staje się dla mnie (bo właśnie robię przerwę w jej czytaniu, by nie przejadło sie żadne słowo) "Złodziejka książek". Już się cieszę, że ją mam, że w każdej chwili będę mógł znowu dotykać słów i konotacji sensów.
Z książki "Złodziejka książek":

"Ukryta pod bluzą książka pożerała ją żywcem."

"Cień trzymał ręce w kieszeniach płaszcza. 
Miał pierzaste włosy.
Gdyby miał twarz, nosiłby wyraz krzywdy."

"Tłum zachowywał się
tak, jak zwykle zachowuje się tłum.
Kiedy przeciskałem się między ludźmi, stali, uprawiając grę w ciszę."

Znowu przypominają mi się słowa Goethego: "Chciałbym być wirusem i zarazić świat epidemią miłości". I parafrazując je, muszę stwiedzić, że chciałbym być wirusem i zarazić świat epidemią czytania. 
Życzę Wszystkim Wam takich książek, które niosą za sobą metanoię, czyli w dosłownym znaczeniu z gr. "μετανοια" przemiany (meta) umysły (nous).
Brakuje mi w języku zwrotu, którego używałoby się, życząc komuś wspaniałych doznań przy czytaniu książki. Zwrotu, który wznosiłby człowieka na swoisty Olimp uczuć, refleksji. Takiego zwrotu, który niósłby życzenia bycia tak wrażliwym, jak pozwala na to dana książka. Lub też takiego punktu patrzenie, by zobaczyć bohaterów w ich prawdzie, a nie tylko w korowodzie ich codzienności.
Słowa: Udanej lektury to tylko odniesienie do użyteczności, swoistego utylitaryzmu, czyli założenia, że książka ma przynieść określony efekt końcowy.
Albo słowa: Przyjemnej lektury. To ukierunkowanie na hedonistyczne doznania. Ale pytam, czy przyjemność ma być jedynym wyznacznikiem czytania? Na pewno zarówno użyteczność, jak i przyjemność, czy rozkosz są wielką wartością w życiu człowieka. Jednak czytanie książek to coś więcej. To nawet przeżycie mistyczne, o którym  Rudolf Otto w książce "Świętość" powiedziałby: numinotyczne. Bo czytanie jest tożsame z mysterium tremendum, a co za tym idzie według mnie, z grozą i przerażeniem, z majestatem, tajemnicą, wręcz frenezją romantyczną, ale i z mysterium fascinans, więc i z zachwytem, subiektywnym zachwytem nad światem...

Zatem.... metanoicznej lektury Ci życzę, Czytelniku!

Ciekaw jestem, jakie dla Ciebie książki są codziennymi daniami, a jakie deserami...




poniedziałek, 14 stycznia 2019

Homo homini lupissimus est

Patrzę na świat, a tam nienawiść, zawiść, podłość...
Wciąż mam w głowie słowa Zbigniewa Herberta:  

tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
[...]
a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

Ile w tych słowach prawdy!  
Szczególnie te o zdobywaniu dobra, którego się nie zdobędzie
i te o nagrodzie za dobro - chłosta śmiechu i zabójstwo.
WOŚP i śmierć prezydenta Pawła Adamowicza to tło tych słów. 

Kim lub czym dla człowieka jest drugi człowiek? W najgorszej wersji: wilkiem.
Ale patrzę na świat i stwierdzam, że nie wilkiem, ale homo homini lupissimus est.
I ta forma gramatyczna, czyli końcówka stopnia najwyższego przymiotnika dodana do rzeczownika wilk w kontekście "człowieka" brzmi najprawdziwiej.

Napisałem kiedyś poetycki komentarz do słów O. Wilde'a. wiersz pt. Nauka łaciny.


Oscar Wilde
           
                      Czasami myślę, iż Bóg, tworząc człowieka, przecenił nieco swoje możliwości.
           
Nauka łaciny

Jedni mówią
Bóg stworzył człowieka na swój obraz,
na obraz Boży go stworzył.
Inni mówią:
Człowiek człowiekowi wilkiem.
A co jeśli wam powiem,
że homo homini lupissimus est?







Salon Słowa

Czas. 
Jest, czy był, a może będzie?
Myślę o czasie, czyli o tym, co gdzieś za mną i o tym, co przede mną.
Gdyby zebrać to wszystko w całość, można zauważyć, że większa część to jednak przeszłość. To bagaż doświadczeń, emocje, uczucia, przemyślenia i zapmyślenia.
To, co buduje fundament, jest podstawą przyszłości.
W ramach czasu nasza przyszłość. Ale przyszłość to też czas.

poniedziałek, 30 lipca 2018


***
Na śmietniku świata śmierć
stanęła ze śmiechem na ustach
Drwiła z człowieka że śmiertelny on
Kpiła że to produkt uboczny wieczności


Na śmietniku świata śmierć
stanęła ze śmiechem na ustach
Była subtelna jak anioł
przezroczysta lekko w odcieniach zieleni
jakby nadzieję niosła


Stąpała dumnie po błocie gnijących uczuć
Swe stopy nagie zagłębiała w spróchniałych namiętnościach
Chłonęła odór gnijącej ofiarnej krwi


Lecz upadła po chwili
gdyż zraniła się o wystający cierń miłości
co sterczał ze złamanej kości kogoś kto
z podciętymi żyłami szukał jej na skrzyżowaniu dróg
prowadzących donikąd


Na śmietniku świata śmierć
stanęła ze smutkiem na ustach
Cierpienie człowieka zraniło ją
i ranić będzie aż po miłość bez miary


Na śmietniku świata śmierć
stanęła ze łzami w oczach.



czwartek, 12 lipca 2018

ergantropia i pole daimoniona




Wszystko znajduje się w POLU DAIMONIONA.

Chapeau bas Profesorowi Andrzejowi Nowickiemu, któremu dedykowany jest ten tekst.




              prof. Andrzejowi Nowickiemu


ergantropia

efemerycznie żyją słowa bo cóż to jest wieczność
raczej ubrane w dostojność logosu
godzą w prostotę dzieła
albo w autora co staje się bogiem
nagrodę niosą w milczeniu sensów
te słowa pomyślane i zapomniane
rdzą pokryte nosimy w sobie
odarte ze świetności rodzą się w nas
potem w polu daimoniona  
idee stają się cieniem dźwięków i znaczeń
a płynąc w żyłach ludzkich oddech biorą by żyć...


poniedziałek, 2 lipca 2018

z bagażem nowych min na scenie znowu mim śmiał się, że jestem nim


...z bagażem nowych min
na scenie znowu mim
śmiał się, że jestem nim
po oklaskach
zamiast kurtyny opadło lustro
a tam
z bagażem nowych min
na scenie znowu mim
śmiał się, że jestem nim
po oklaskach
zamiast kurtyny opadło lustro
a tam
z bagażem nowych min
na scenie znowu mim
śmiał się, że jestem nim
po oklaskach
zamiast kurtyny opadło lustro
a tam
z bagażem nowych min...






2/6/2018



Metoda nauczania Richarda Feynmana czyli pokora człowieka-nauczyciela





Metody nauczania nie muszą być trudne, skomplikowane i wyszukane. Wręcz przeciwnie, mają być czytelne, zrozumiałe i tak podane, by człowiek chciał się uczyć. A uczyć się to rozumieć, to odkrywać w swej głowie wszelkie prawidła świata. nieważne, że może ktoś już je odkrył, napisał wiele stron analiz  i interpretacji tego świata. Istotą jest tu mój własny świat, z moim pojmowaniem i zakresem pojęć, więc to ja sam muszę przedrzeć się przez ten gąszcz, ale i różnorodność pięknych idei, dziwnych słów, cudownych obrazów i tego uczucia, kiedy można się zachłysnąć tym, co nowe i takie inspirujące.

Czytam o metodzie, którą proponuje Richard Feynman.
Napisać na kartce temat i uświadomić sobie, co wiemy na dany temat. Zatem i to, czego nie wiemy. Zarówno czego nie wie uczeń, ale i nauczyciel. To wymaga jednak pokory, by powiedzieć sobie samemu, że wiemy i rozumiemy tylko tyle. Bo zawsze jest ktoś, kto może i nas czegoś nauczyć. Pokora to wartość, której brakuje tym, którzy uczą innych. Nauczyciele chcą być lepsi, a w ich sposobie myślenia oznacza to, że trzeba wiedzieć i rozumieć więcej od innych. Jednak wierzą, że to jedyny wyznacznik ich oceny. Ale przecież autorytet mistrza i nauczyciela buduje się nie na swojej własnej wiedzy, ale na umiejętności ukazania uczniowi tego piękna, które można odkryć na nowo dla siebie. Można dostrzec wtedy inne światy, poznać samego siebie w tej nowej przestrzeni. Tylko jak ukazać komuś niezwykłość tego wszystkiego?

„Wiedzieć, jak się rzeczy nazywają jest czymś zupełnie innym niż wiedza o tym, czym naprawdę coś jest”.
/Richard Feynman/

Jak mówić, by być zrozumianym przez kogoś i, co więcej, by ten ktoś chciał słuchać? Można przecież mówić o quasi-eksperymentalnym doświadczeniu rzeczywiści przedstawionej w ujęciu aksjologiczno-pragmatycznym.  Ale należy zachować szacunek do swego odbiorcy, do ucznia, który jest na innym etapie odkrywania tych pojęć świata nauki.

Chapeau bas tym, którzy mają w sobie tyle pokory, by mówić o rzeczach trudnych w taki sposób, by ich zawiłość rozumieli wszyscy.

Tylko świadomość swych granic pozwala na ich przekraczanie. Kiedy człowiek zrozumie czego nie wie, czego nie rozumie, wtedy zaczyna się proces uczenia. Jeśli jest to proces, znaczy to, że wymaga on przejścia w czasie i przestrzeniu umysłowej z jednego punktu do kolejnego. Można wrzucić człowieka w ten świat bez znajomości reguł tego świata, bez znajomości języka, ale to zbyt niebezpieczne. Dlatego jeden człowiek (tu zwany nauczycielem) musi przeprowadzić drugiego człowieka (tu zwanego uczniem) przez tę przestrzeń, by w niej nie zginął.
Teraz czas przeglądania notatek, zapisków, rysunków i moment stworzenia PROSTEJ historii, która na każdym etapie jest zrozumiała.
Ale jeszcze nie koniec tego uczenia. Trzeba teraz opowiedzieć innej osobie o tym wszystkim, a tym samym sprawdzić, jaki jest ten "namalowany obraz".  Sposób przedstawienia też jest ważny. Opowiadać tak, by kolejny człowiek chciał wejść do tego ogrodu, a następnie chciał posłuchać, dotknąć, powąchać, posmakować tego wszystkiego.
Dlatego potrzebny jest najpierw człowiek, a potem dopiero nauczyciel jako ten, który ma cele, sposoby, wiedzę i umiejętności.

Chapeau bas tym, którzy w tym powołaniu pielęgnują swe człowieczeństwo, by stawać się wciąż specjalistą do przygotowania i prowadzenia procesu edukacyjnego dla innych (i dla siebie samego).



Bo mur nie tylko dzieli. Może też łączyć.

Jest taka książka... Jest taka książka, która mnie poruszyła, zaciekawiła, ale i dała poczucie tego, co nazywam satysfakcją zrozumienia pr...